Stosowanie niskich stawek jest niemądre. Po prostu.

Małymi kroczkami staram się zmienić liczbę biur tłumaczeń, z którymi współpracuję, i portfolio klientów bezpośrednich. Chciałabym wyeliminować pośrednika, zmienić tryb pracy, zwiększyć stawki, zbudować nowe relacje. Po wielu (często skutecznych) próbach skupienia się w większym stopniu na firmach innych niż biura, nauczyłam się czegoś, co sporo osób wydaje się w dalszym ciągu negować – cena za tłumaczenie jest taka, jaką sama ustalę, a nie taka, jaką ustali za mnie klient. Choć wprawdzie biura tłumaczeń najczęściej narzucają własne (zazwyczaj niskie) stawki i możliwości negocjacji są mocno ograniczone, to z klientami bezpośrednimi ustalanie stawek leży właściwie wyłącznie po stronie tłumacza.

Po setkach maili wymienionych z klientami bezpośrednimi szybko zauważyłam, że powszechnie powtarzane stwierdzenia, że niższe stawki zagwarantują mi więcej pracy, klienci i tak nie zgodzą się na to, co wykracza poza ich budżet oraz że „standardy dotyczące stawek na rynku są takie, a nie inne” (cokolwiek to znaczy), w większości przypadków nie pokrywają się z rzeczywistością. Taka bogata korespondencja stanowi dla mnie swego rodzaju sitko, które pozwala mi na „przesianie” klientów, z którymi nie chcę i nie muszę współpracować – czyli najczęściej tych, którzy oczekują ode mnie niższych stawek. W moim przypadku tacy klienci najczęściej mieszczą się w tych kliku poniższych punktach, które wypisałam sobie po przeanalizowaniu bezpośrednich negocjacji.

Oferowanie niskich stawek jest niemądre, bo tani klienci najpewniej:

  • będą się targować, próbując zaniżyć stawkę możliwie do najniższego poziomu – będą przy tym używać argumentów, według których wszyscy moi koledzy po fachu proponują niższe stawki;
  • będą chcieli więcej za mniej – klienci, którzy chcą otrzymać tłumaczenie za niską cenę często nie rozumieją, że korekta native speakera jest dodatkowo płatna, że nie oferuję transkreacji oraz nie zajmuję się składem DTP, ale będą z uporem ode mnie tego wymagać;
  • nie interesują ich moje umiejętności – niska stawka, której oczekują, ma im zagwarantować jedynie mniejszą ilość pieniędzy wysłanych z firmowego konta, nie robi im żadnej różnicy kto w rzeczywistości wykonuje zlecenie, amator czy profesjonalista;
  • mają problemy finansowe lub w ogóle nie płacą – im oczekiwana stawka jest niższa, tym większe prawdopodobieństwo, że firma w ogóle nie posiada środków do pokrycia zlecenia. Mogą też częściej niż inni szukać sposobów na uniknięcie zapłaty, stosując wszelkie możliwe sztuczki: od zaginionej faktury, do wymyślonych błędów, które wpływają na niską jakość;
  • sprawią, że praca stanie się nieprzyjemna – z doświadczenia wiem, że klienci, którzy płacą mniej, mają ostatecznie więcej uwag, które też często są zupełnie nieuzasadnione. Firmy, które płacą odpowiednie stawki mają duże zaufanie do tłumacza i jego umiejętności, dlatego wszelkie uwagi często omawiają w formie dyskusji, w przeciwieństwie do tanich klientów, u których po prostu ktoś powiedział, że ”jest źle!”;
  • bez mrugnięcia okiem zostawią Cię dla kogoś tańszego.

Sukcesywne podnoszenie stawek i ustalenie własnego progu, poniżej którego po prostu nie wypada schodzić, umożliwia uniknąć pracy z klientami, których po prostu nie chcemy, i na których zwyczajnie nam nie zależy. Dzięki wyższym stawkom często mamy mniej pracy, a większe zarobki, dlatego jeśli stracę klienta, który uważa, że jestem za droga, wychodzę na tym lepiej, niż gdybym miała z nim pracować.

Najłatwiejszym sposobem na uniknięcie stosowania niskich stawek i pracy z klientami, którzy takie stawki nam narzucają, jest spojrzenie samemu na pracę tłumacza w trochę inny sposób. Jakiś czas temu zaczęłam myśleć o mojej stawce za słowo, stronę, czy godzinę bardziej w formie zapłaty za mój czas, lata nauki, zdobyte umiejętności, a nie za efekt końcowy, który otrzyma klient. Egoistycznie stawiając siebie na pierwszym miejscu jest mi dużo łatwiej powiedzieć „nie”, kiedy stawka mi nie odpowiada, i skutecznie zaproponować klientowi cenę, na której zyska zarówno on, jak i ja.

Czas i praca tłumaczy kosztuje, a wyższe stawki to wyraz szacunku dla własnych umiejętności oraz dla klienta.

(7) Komentarze. Skomentuj

Rewelacyjny tekst i pasuje do wielu branż

Odpowiedz

Agnieszka, świetny tekst. Bardzo mądre przemyślenia. Szczególnie dla początkujących tłumaczy ten wpis jest bardzo przydatny. Na początku łatwo wpaść w taką pułapkę „Biorę wszystko, bo jestem na początku. Nieważne za jakie pieniądze.” A przecież później tak trudno wyjść z tych niskich stawek.

Odpowiedz

Fakt, BT stosują głównie sztywne stawki, które są po prostu „nienegocjowalne”. Sprawdziłam to po 3 latach tłumaczeń na własnej DG (którą już będę zamykać z powodu dużego ZUS-u). Stawki BT oscylują wokół 20 zł/1800 zzsp i jedyne co je interesuje, to twoja dzienna moc przerobowa, a najlepiej, żeby tłumaczenie wymagało tylko przyciśnięcia „wyślij”, i to tu i teraz. Jeżeli zdobyłaś własnych klientów płacących za stronę 2 x tyle, to naprawdę doceniam – mnie się nie udało.

Odpowiedz

Olu, nie zgodzę się. Jest sporo BT, które szanują pracę tłumacza — oferują dobre stawki i warunki pracy. Nie wiem w jakiej parze językowej pracujesz, ale z mojego doświadczenia wynika, że stawki BT normują się w okolicy 25 zł/1800 zzsp netto, przy czym to i tak jest najniższy akceptowalny próg, spokojnie można pracować na stawkach BT w granicy 30 zł przy zwykłych, nieskomplikowanych tekstach. Rzeczywiście na rynku działa masa takich, które nawet 20 zł uważają za zbyt wysoką stawkę, ale wystarczy nie zwracać na nie uwagi. Zawsze też warto zastanowić się nad współpracą z zagranicznymi BT, praca w innej walucie po prostu bardziej się opłaca.

Odpowiedz

Tak, jak słyszę, że inny prawnik zrobi coś za połowę mniej to nie reaguję – szczególnie, gdy ten prawnik nie zna się na tym co chce klient 🙂

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *