10 rzeczy, których nauczył mnie freelancing

Zanim zaczęłam pracować jako freelancer, większość czasu spędziłam na wszelkiego rodzaju umowach, bez sprecyzowanych planów zawodowych. Zaraz po studiach, dając ostatnią szansę pracy na etat, z uporem stwierdziłam, że wolę grać w Tomb Raider na bezrobociu, niż spędzić jeszcze jeden dzień w jakimkolwiek biurze. Ponieważ szybko okazało się, że wycieczki z Larą Croft nie są tak czasochłonne, a bezrobocie to też nie był dobry wybór, padło na freelancing. Prawie 2 lata pracy we własnych czterech kątach sporo mnie nauczyło. Dzisiaj o tym, co z tej nauki wyniosłam.

1. Praca bez ludzi to dalej praca z ludźmi

Jednym z głównych powodów, dlaczego zdecydowałam się na pracę wolnego strzelca było to, że nie do końca przepadam za pracą w zespole. Nie chodzi nawet o wspólne tworzenie projektów, ale zwyczajne siedzenie z ludźmi przez 8 godzin w jednym pomieszczeniu. Nazwijcie mnie dziwakiem, ale dobrze pracować potrafię jedynie w ciszy i w pełnym skupieniu – a o to w biurach zwyczajnie trudno. Praca freelancera jawiła mi się jako ograniczenie kontaktu z innymi ludźmi do minimum, ale dosyć szybko okazało się, że moi klienci to przecież ludzie, z którymi raz na jakiś czas warto się skontaktować. Po kilku miesiącach nawet to polubiłam. Dziś współpracuję z ludźmi z całego świata i chociaż większości z nich nie spotkałam i pewnie nigdy nie spotkam, to z ręką na sercu mogę powiedzieć, że zdołałam zbudować z nimi silną nić porozumienia i zawodowej sympatii.

2. Telefon załatwi więcej niż e-mail

To w dużym stopniu odnosi się do wcześniejszego punktu. Rozmów telefonicznych starałam się unikać jak ognia, bo co to za rozmowa, skoro i tak rozmówcy nie mam przed oczami. Wiadomość e-mail można na spokojnie ułożyć, wysłać o odpowiedniej porze, spokojnie poczekać na odpowiedź. Poczekać… i tak na czekaniu spędziłam niezliczoną liczbę godzin, bo mail się zawieruszył, bo ktoś poszedł na spotkanie, bo filtr antyspamowy nie działa u kogoś jak trzeba, bo co ranek trzeba się odkopać ze 100 innych wiadomości, a moja jest na samym końcu. Od jakiegoś czasu chętniej sięgam po telefon – zwyczajnie wiem, że wtedy mogę załatwić wszystko od ręki, zamiast odbijać jedną wiadomość e-mail od drugiej. A przy okazji jeszcze z kimś porozmawiam.

3. Czasem będzie smutno i cicho

Nie mam problemu ze spędzaniem czasu we własnym towarzystwie. Przy pracy nie potrzebuję innych osób, a to, że pracuję sama w pełni mi odpowiada i bardzo to lubię. Ale raz na jakiś czas samotność zaczyna mi doskwierać i wtedy praca zaczyna się sypać. Z szukania chociaż wirtualnego towarzystwa sporo czasu spędzam na niepotrzebnych rozrywkach, z Facebookiem na czele. Dobrze jest znaleźć czas, żeby wyjść do ludzi, albo po prostu popracować w innym niż zazwyczaj miejscu: kawiarni, biurze coworkingowym, w parku, kiedy pogoda dopisuje.

4. Praca w dresie pomaga tak samo, jak przeszkadza

Z dumą ogłaszam wszem i wobec, że nie obowiązuje mnie żaden dress code. Nie muszę ubierać garsonek, chodzić w rajstopach w największym upale, spędzać całych dni w niewygodnych ubraniach. Cieszy mnie to, że moja praca pozwala mi na swobodę również w tym zakresie, to jednak czasem wolałabym to zmienić. Nauczyłam się, że przy dużych i poważnych projektach zwyczajnie muszę ubrać się tak, jakby do pracy rzeczywiście trzeba było wyjść – luźne ubrania kojarzą mi się z lenistwem, a to czasem odbija się na chęci i tempie pracy.

5. Pracuję kiedy chcę, czyli pracuję… kiedy tylko mogę

Wiecie ile razy słyszałam, że pracując w domu mogę wstawać o 13:00 i tłumaczyć tylko przez 3 godziny dziennie? Praktycznie za każdym razem, kiedy mówię, że pracuję z domu, ktoś zachwyca się akurat tym aspektem mojej pracy. I sama też początkowo myślałam, że tak to będzie wyglądać. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej i po dłuższych obserwacjach stwierdzam, że osoby pracujące na etacie pracują znacznie mniej. Freelancing daje mi możliwość układania harmonogramu tak, jak mam ochotę, ale na dłuższą metę muszę się pilnować. Dlatego pracę zaczynam codziennie z samego rana i kończę późnym popołudniem – oprócz tłumaczeń muszę zająć się innymi rzeczami związanymi z pracą i prowadzeniem firmy, np. księgowością, komunikacją z obecnymi klientami, zdobywaniem nowych klientów, przygotowywaniem ofert, broszur, szablonów wiadomości, wycieczkami do urzędów, itd.

6. Polskie urzędy są tak niedorzeczne, jak mówią legendy

Tu nie ma co komentować, tak po prostu jest.

7. W terminie spłaty faktur księgowe lądują na porodówkach

Praca z domu, i freelancing w ogóle, to praca na własny rachunek. Moje wyniki finansowe zależą tylko od moich działań i co miesiąc będą inne. Ma to swoje plusy, bo sama mogę wybierać zlecenia tak, aby zarobić tyle, ile sobie ustaliłam, natomiast w większości przypadków to trudny aspekt freelancingu i niekiedy wielka niewiadoma. Sporym minusem jest jednak to, że płynność finansowa wolnych strzelców czasami potrafi zostać skutecznie zaburzona przez niekompetencje innych osób, a to bardzo stresujące. Ja na szczęście nie musiałam odbywać wycieczek do sądów, ale raz na jakiś czas muszę stoczyć małą bitwę o zapłatę zaległych faktur. Trzeba ze spokojem nauczyć się reagować na hasła typu „faktura spadła za biurko”, „nasza księgowa właśnie rodzi i nie może wykonać przelewu”, „tylko prezes może zaakceptować przelew, ale pracuje nad habilitacją i wróci do nas za miesiąc”. Szanujcie swoją pewną, comiesięczną wypłatę.

8. Silna wola jest najważniejsza, bo rozpraszacze są wszędzie

Czasem robię sobie 10 minut przerwy w pracy, a nagle okazuje się, że spędziłam ponad godzinę oglądając bloopersy z „Przyjaciół”. Nauczenie się silnej woli i porzucenie myślenia typu „mam przecież tyle czasu, dokończę to później” to ciągły proces. Czasem łapię się na tym, że zwyczajnie mi się nie chce, a tryb mojej pracy pozwala mi na zrobienie sobie wolnego np. w środę (zawsze jednak taki dzień odrabiam!). Od kiedy zaczęłam poważnie myśleć o tym, że freelancing to mój sposób na życie, chwile słabości pojawiają się coraz rzadziej.

9. Częściej trzeba mówić „nie”, niż „tak”

Pamiętacie pogadanki ze szkoły o tym, jak ważna jest asertywność? Freelancing to w moim przypadku (i chyba w ogóle w przypadku wolnych zawodów) w dużym stopniu ciągłe odmawianie, bo zalewają mnie oferty współpracy oparte o warunki, które zupełnie mi nie odpowiadają. Na początku pracy jako wolny strzelec trudno było mi odmawiać, bo zawsze dawało mi to poczucie małej porażki. Ostatecznie godziłam się na pracę, na którą nie miałam ochoty. Po 2 latach nauczyłam się, że praca za nieadekwatne pieniądze, poczucie niedowartościowania, spędzanie czasu na nieciekawych projektach nie jest warte mojego zachodu. Teraz z dumą noszę koronę ”jestem na to zbyt droga” – polecam, jest bardzo wygodna.

10. Mam na wszystko czas i w sumie jestem bezrobotna

Gdybym przytakiwała na każdą uwagę tego typu, pewnie tak właśnie by było. Dla wielu osób praca z domu jest równoznaczna z tym, że mam czas na wszystko, skoro pracuję i robię pranie jednocześnie. Dla innych praca z domu to w ogóle nie jest praca, bo przecież nie muszę wychodzić co rano do biura. To pewnie wynika z niewiedzy, ale całkowicie mija się z prawdą.


 

Może momentami wyszło trochę negatywnie, ale nawet to, co najlepsze ma drugą stronę medalu. Nigdy nie zamieniłabym pracy jako tłumacz-freelancer na inną – to trudna praca, ale przy odrobinie silnej woli i pracy nad samym sobą może być znacznie łatwiejsza i niezwykle przyjemna. Myślę, że gdybym miała inny charakter, inne zainteresowania i potrzeby, pewnie taki sposób zarabiania na życie wcale by mi nie odpowiadał – jednak na dziś, mimo swoich minusów, to szalenie satysfakcjonujące zajęcie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *